Gdynianin Piotr Suchenia w Bostonie kończy maratońską karierę

Aktualności

To było wymarzone zakończenie maratońskiej kariery, którą dokładnie 24 lata temu rozpoczął Gdynianin Piotr Suchenia. Przez niemal ćwierć wieku na królewskim dystansie biegacz, od dwóch dekad związany z Gdyńskim Centrum Sportu, skompletował maratońską koronę świata i aż sześciokrotnie mijał linię mety jako pierwszy.

Piotr swoją przygodę z maratonem zaczął 21 kwietnia 2002 r. we Wrocławiu, osiągając czas 2:48:08. Nie spodziewał się wówczas, że z tym dystansem zaprzyjaźni się na tak długo. Jego kariera – choć sam skromnie nazywa siebie amatorem – wiodła przez największe europejskie metropolie: Berlin, Wiedeń, Eindhoven czy Frankfurt, gdzie w 2012 r. ustanowił rekord życiowy 2:29:34. Szukał jednak także biegów kameralnych, mających w sobie „to coś” – oryginalność i niepowtarzalny klimat. Jako pierwszy Polak triumfował w maratonach na Biegunie Północnym, Antarktydzie, dwukrotnie na Spitsbergenie oraz w Ugandzie.

Jak sam przyznaje, była to długa i piękna, licząca tysiące kilometrów droga, którą postanowił zakończyć na własnych zasadach. 20 kwietnia 2026 r. minął linię mety najstarszego i najbardziej kultowego biegu na świecie: Boston Marathon. Aby się tam pojawić, Gdynianin musiał wypełnić surowe minimum czasowe, które dla jego kategorii wiekowej wynosiło 3:15. Piotr przepustkę zdobył w ubiegłym roku na Spitsbergenie, gdzie – tuż po powrocie z himalajskiego Everest Marathon – uzyskał czas 2:59:47.

– Przed startem zastanawiałem się, jak pobiec. Chciałem zapamiętać mój ostatni maraton uliczny na zawsze. Aż do momentu wybiegnięcia z Hopkinton, gdzie znajdował się start, w głowie rozgrywałem dwa scenariusze – wspomina Piotr Suchenia. – Pierwszym była walka o czas, drugim zabawa na każdym kilometrze, który po raz ostatni chciałem poczuć całym sobą. Do ostatniej chwili nie wiedziałem, który z nich wybrać.

Ludzie w strojach sportowych biegnący po ulicach miasta

Piotr Suchenia na trasie Boston Marathon 2026 (fot. archiwum prywatne)

Trasa bostońskiego maratonu prowadzi z Hopkinton do samego serca Bostonu. Biegacze muszą zmierzyć się z licznymi podbiegami i zbiegami, które metodycznie wysysają siły. Najtrudniejszy odcinek znajduje się między 15. a 21. milą, a jego kulminacją jest słynne Heartbreak Hill (0,5 mili o nachyleniu 3,5%). To właśnie tam rozgrywają się największe sportowe dramaty.

Kiedy stanąłem na kresce, wróciły wspomnienia. Przypomniałem sobie porażki i zwycięstwa. Przed oczami stanęła mi cała 24-letnia droga, która ukształtowała mnie jako człowieka, dając wiele satysfakcji, ale i cennych przemyśleń. Wiedziałem, że to ostatni raz, więc postanowiłem pobiec mocno i spróbować „złamać trójkę” – mówi Piotr Suchenia. – Już po pierwszych kilometrach czułem, że będzie trudno. Ciągłe zmiany nachylenia terenu wybijały z rytmu.

Liczby nie kłamią: suma przewyższeń na trasie wynosi 248 m, a spadki to aż 388 m. To ogromne obciążenie dla nóg.

– Przed półmetkiem wiedziałem, że będzie bolało bardziej niż zwykle. Mięśnie czworogłowe płonęły od zbiegów, ale przecież po to tu przyjechałem – dodaje Piotr. – Czekałem na Newtons Hills i to „łamiące serca” wzniesienie. Zegarek odliczał kilometry, nogi drętwiały, ale tempo udawało się utrzymać. Heartbreak Hill ostatecznie nie okazało się takie straszne – zwolniłem tam tylko o około 18 sekund na kilometr.

Po pokonaniu podbiegów do mety zostaje niecałe 8 km. Dla wielu to najtrudniejszy etap – „ściana”, na której organizm odmawia posłuszeństwa.

– Czułem, że maraton nie chce mnie puścić tak łatwo. „Czwórki” miałem skasowane, pojawiały się skurcze, bolała wątroba. Wiedziałem jednak, że muszę utrzymać tempo. Sił dodawali mi niesamowici kibice. Tysiące ludzi na ulicach, jeden wielki ogłuszający doping, który niósł mnie do mety. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem, a startowałem przecież na całym świecie.

 Ludzie w strojach sportowych biegnący po ulicach miasta

Piotr Suchenia wbiega na metę Boston Marathon 2026 (fot. archiwum prywatne)

Z czasem 2:58:47 Piotr Suchenia wbiegł na metę, symbolicznie zamykając swoją 24-letnią historię z maratonem ulicznym.

– To była piękna przygoda. Życzę każdemu biegaczowi, by na jego drodze czekało tyle wspaniałych chwil, co na mojej. Trzeba jednak pamiętać: maraton to dystans, który bardzo szybko weryfikuje słabe punkty i nigdy nie wybacza błędów – mówi.

--

Tekst i opracowanie: Jakub Winiewski/Gdynia.pl